Świeckie ,,święta” pochodzące zza Atlantyku mają się u nas coraz lepiej – chyba nikt już nie myśli o 14 lutego inaczej, niż w kategorii zbyt lukrowo-serduszkowych walentynek, a mali przebierańcy na cukierkowych łowach stają się halloweenową normą. Jednak to, co oficjalnie promowane jest jako święto miłości czy okazja do zostania cowboyem lub wróżką lata po ukończeniu szkoły podstawowej, jest w rzeczywistości olbrzymim i niezwykle dochodowym biznesem. Nic więc dziwnego, że inne komercyjne wydarzenie również zaczyna od jakiegoś czasu zapuszczać korzenie w polskiej rzeczywistości.
Black Friday zbliża się wielkimi krokami, ale w tym roku dyrektywa Omnibus związała mu sznurówki. Jak nie wywrócić się na tej okazji?
Określenie ,,czarny piątek” wywodzi się z lat ‘60 ubiegłego wieku i ukuli je filadelfijscy policjanci, absolutnie przerażeni tym, co działo się w sklepach pierwszego dnia przedświątecznych obniżek. Piątek po Dniu Dziękczynienia to wciąż koktajl największych w roku dochodów właścicieli sklepów i wartego badań efektu tłumu, który rzucając się na liczne promocje – często dosłownie tratuje innych uczestników wyścigu, co prowadzi do wielu poważnych uszkodzeń ciała, a nawet śmierci przypadkowych osób.
Gadzi mózg przejmuje kontrolę nad kupującymi ze względu na poziom atrakcyjności ofert – obniżki cen sięgające 70 czy nawet 80% wystarczą, by wyłączyć świadomość czy empatię. W Polsce nie widzi się jednak tłumów zbierających się pod galeriami na kilka godzin przed ich otwarciem, dlaczego?
Powodów może być wiele, najbardziej oczywistym jest znacznie mniej atrakcyjna oferta (średnio ceny obniżone są o zaledwie 10-15%, często tylko na wybrane produkty). W mojej ocenie ,,winna” jest jednak praktyka fałszywej promocji. Polega ona na sztucznym zawyżeniu ceny produktu tuż przed rzeczonym wydarzeniem i jej nagłego “zbicia” w ramach Black Friday. Prowadzi to do sytuacji, w której ,,nowa i lepsza” cena na metce w rzeczywistości nie różni się od tej regularnej. Zauważyli to nie tylko konsumenci, ale i prawodawcy.
Robiąc zakupy online nie sposób przegapić dopisku ,,cena z ostatnich 30 dni przed promocją”, znajdujących się w najbliższej okolicy bijącej po oczach ceny promocyjnej. Jest to efekt aktywacji dyrektywy Omnibus, która od 1 stycznia br. ma za zadanie chronić konsumentów przed nieuczciwymi praktykami sprzedawców o kiepsko zarysowanym kręgosłupie etycznym. Cel jest prosty: możliwość uzyskanie przez konsumenta lepszego punktu odniesienia względem proponowanej mu oferty i jej sugerowanej atrakcyjności. Ma to uniemożliwić sprzedawcy żonglowanie cenami tak, by zdezorientować klienta i wmówić mu, że uzyskana przezeń wartość, wynikająca z danej transakcji, jest większa, niż w rzeczywistości.
Jak prawidłowo powinna być przeprowadzona ,,obniżka”?
Wspomniana dyrektywa podaje określone definicje, których spełnienie narzuca określone obowiązki. Należy do nich chociażby obniżka – redukcja ceny, która ma umożliwić zakup towaru lub usługi taniej. Sugestia, że kupując coś, możemy zaoszczędzić (pomijam już podstawowy błąd logiczny takiego myślenia), jest bardzo potężnym narzędziem manipulacji psychologicznej, skłaniającym do podejmowania przez konsumenta szybszych i pochopnych decyzji.
Sprzedawcom, chcącym obniżyć cenę produktu, dyrektywa daje dwie możliwości:
- podać na metce, banderze czy innej formie informacji o cenie produktu jedną kwotę, tj. tę obowiązującą po obniżce, bez informowania klientów, że jakakolwiek zmiana nastąpiła,
- pochwalić się obniżką w dowolny sposób i RÓWNOCZEŚNIE poinformować, w sposób czytelny i oczywisty na pierwszy rzut oka, za jaką cenę dany produkt lub usługę klient mógł kupić przed jej pomniejszeniem.
Semantyka nie ma tutaj znaczenia – wszystkie synonimy i praktyczne odpowiedniki słowa ,,obniżka”, które tworzą kontekst z nim identyczny, dla prawodawcy oznaczają to samo. Proste użycie symbolu ,,%”, zestawienie ceny niższej z wyższą czy użycie koloru, który w znaczny sposób odbiega od brandu marki (skupia uwagę odbiorcy i sugeruje wyjątkowość oferty), wypełniając znamiona ,,obniżki”. Skutkiem tego – oznaczają te same obowiązki sprzedawcy.
Kod rabatowy i voucher
Powyższe regulacje mają również zastosowanie w sytuacji bardziej ,,ogólnych” promocji czy rabatów indywidualnych związanych z użyciem przez kupującego kodu zniżkowego czy vouchera. Kwestia pozostaje niezmienna, niezależnie od pochodzenia uprawnienia do otrzymania rabatu – kupujący mógł go uzyskać bezpośrednio od sprzedającego (w ramach programu lojalnościowego, prezentu z okazji urodzin/rocznicy dołączenia do ,,klubu”), osoby trzeciej (linki sponsorowane, vouchery kupowane jako prezent) lub zobaczyć go po otworzeniu strony sprzedawcy (np. promocja skierowana do wszystkich, którzy spełnią określone warunki, jak przekroczenie kwoty zakupów).
W tym wypadku informacja o najniższej cenie z ostatnich 30 dni musi pojawić się nie później, niż po podaniu kodu zniżkowego (lub innej formy hasła, którego podanie skutkuje obniżeniem ceny). Nie ma tutaj znaczenia, czy rabat nalicza się automatycznie (np. po kliknięciu w link) czy kod należy wpisać ręcznie. Wyjątku nie stanowi również zakres produktów lub usług objętych promocją – niezależnie, czy jest to “promocja na wszystko, co obecnie znajduje się w ofercie sprzedawcy” czy obejmująca tylko dany dział (np. bluzy, produkty z bawełny czy pochodzące od określonego producenta), najpóźniej na etapie tzw. koszyka kupujący musi zobaczyć wyraźnie oznaczoną najniższą cenę z ostatnich 30 dni.
Słowem: oznaczanie, oznaczanie, oznaczanie.
Żadna regulacja prawna nie byłaby kompletna bez wyjątków. Tutaj pojawiają się dwie.
Po pierwsze: wszystko, co prowadzi do pomniejszenia ceny i wynika z rozwiązań ustawowych. Idealnie wpasują się tutaj programy, takie jak Karta Dużej Rodziny czy redukcja stawki VAT.
Po drugie: rabaty o niedookreślonym przeznaczeniu. W tej grupie mieści się każda zniżka, której zakres i dokładny sposób wykorzystania zależy tylko i wyłącznie od kupujące. Jeśli więc otrzymamy kupon rabatowy na 10% zniżki na kolejne zakupy (bez wskazania jakie produkty obejmuje!) czy możliwość zakupy w niższej cenie dowolnego produktu w ramach kolejnego zamówienia (ponownie: bez wskazania konkretnego produktu czy działu, z którego klient może wybierać) – oznaczenie najniższej ceny z ostatnich 30 dni nie jest wymagane.
-> po prawie 10 miesiącach obowiązywania dyrektywy zwyczaj ten utarł się jako ulubiony wytrych wielu sprzedawców; zbyt często korzystanie z niego może się jednak odbić czkawką, ponieważ UOKiK zaczął spoglądać na to jako obchodzącą prawo, nieuczciwą praktykę (z czym ciężko się nie zgodzić).
Kupując spodnie czy kubek nie mamy w zwyczaju postrzegać tego jako zawarcia umowy – ot, codzienna czynność. Prawo postrzega jednak każdą, nawet najmniejszą transakcję, jako umowę sprzedaży i wymaga od niej tego samego, co gdy jej przedmiotem jest nieruchomość: przede wszystkim uczciwości obu stron.
Jako prawnik, zajmujący się na co dzień wspieraniem biznesów e-commerce, bardzo cieszę się z wprowadzenia tych regulacji – nie mają one na celu, jak często się to przedstawia, ,,utrudniania życia” sprzedawcom czy nadmiernej regulacji rynku, ale wsparcie firm traktujących swoich klientów z należnym im szacunkiem. Pozwala to im uwidocznić swoje atuty na tle mniej etycznej konkurencji, a jednocześnie pomaga konsumentom dokonywać bardziej świadomych wyborów. Korzystają na tym wszyscy, a to nieczęsto się zdarza 😉
Nie masz pewności jak skonstruować swoją ofertę w sposób zgodny z prawem? Chcesz upewnić się, że podjęte przez Ciebie działania są właściwe i nie uchronią Cię przed nieprzyjemnościami, tak ze strony instytucji państwowych, jak i klientów? Napisz do mnie, chętnie Ci pomogę!