Gdy na początku tego roku do kin wszedł bardzo nietypowy mash-up horroru i dziecięcej bajki – ,,Puchatek: Krew i miód” – zdumienie otworzyło wiele oczu, i to bardzo szeroko. Jak Kubuś z uroczego misia o niewielkim rozumku, stał się krwiożerczym mordercą?
Przede wszystkim musiał wykonać mały krok dla pluszaka, ale wielki dla komercji – i przejść do domeny publicznej.
Wspomniana domena publiczna, to przestrzeń tworzona przez prawo, jego koncept, stanowiący formę wirtualnego magazynu z lekkim powiewem dzikiego zachodu – znajdującym się tutaj utworom nie przysługuje ochrona prawa autorskiego.
Utwór może tu “trafić” na wiele sposobów, nas jednak interesują trzy, które obowiązują w Polsce:
- ochrona dla danego utworu wygasła (skończył się jej czas zgodnie z Rozdziałem 4 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych)
- utwór nigdy nie był chroniony
- twórca (lub inna uprawniona do tego osoba) postanowił przekazać dzieło do domeny publicznej.
Teoretycznie z magazynu domeny publicznej każdy z nas, w dowolnym momencie, może wyjąć dowolny “przedmiot”, nie ma tam ochroniarza, który spróbuje nas zatrzymać. Słowem-kluczem w powyższym stwierdzeniu jest ,,teoretycznie”.
Świetnym przykładem tego, że kwestia wejścia utworu do domeny publicznej, nie jest tak prosta i oczywista jak mogłaby się wydawać, jest coraz głośniejsza sprawa wygasającej w kolejnym roku (2024) ochrony w USA Myszki Mickey – w większości Europy będzie to 2041 (czyli 70 lat po śmierci Ub Iwerks – jednego z twórców obok Disneya).
Najbardziej rozpoznawalny gryzoń świata, jest niekwestionowanym symbolem kończącego 100 lat Studia Disney.
Wystarczy obrys jej uszu, by wiedzieć z kim (lub czym) mamy do czynienia. Ciężko dokładnie oszacować kwoty, jakie na samych koszulkach czy kubkach przedstawiających Mickiego, zarabia Disney. Możemy się jednak domyślić, że na rachunku znalazłoby się bardzo dużo zer, a ich zniknięcie bardzo zaboli portfel studia. Czy jednak do tego dojdzie?
Nie.
Dlaczego?
Ponieważ, jak to często bywa w wypadku takich “newsów”, przekazywane w nich informacje są teoretycznie prawdziwe, jednak tak skrajnie okrojone, że przestają mieć wartość merytoryczną. Ten sposób przekazywania wiadomości określany jest jako pop-science i dotyka chyba każdej dziedziny wiedzy. W mojej ocenie wynika to z połączenia konieczności przekrzyczenia otaczającego nas szumu informacyjnego oraz coraz krótszego zakresu czasu, w którym skupiają się odbiorcy. Dłuższy, merytorycznie kompletny wywód, zwykle nie ma szans w zderzeniu z dwoma powyższymi kwestiami.
Po pierwsze: Myszka Mickey nie wchodzi do domeny publicznej w całej swojej okazałości, a jedynie w pewnej swojej formie.
Tak było w wypadku wspomnianego na początku Puchatka, który pierwszy raz pojawia się jako ilustracja do książki swojego twórcy, A.A.Milne. Jest w niej po prostu szkicem korpulentnego pluszaka o nieco antropomorficznych cechach, dzięki którym przemieszcza się na dwóch łapkach i może mówić. Nie nosi jednak kultowego, czerwonego crop-topu, poniżej którego znajduje się dorodny i pełen miodku brzuszek. I to właśnie ta roznegliżowana, oryginalna wersja (lub forma) Kubusia pojawiła się niedawno w domenie publicznej. I tylko ona.
Podobnie jest w wypadku naszej myszki, za której debiut uważa się animację ,,Parowiec WIlly” (de facto miał on wcześniej dwie epizodyczne role, pozostańmy jednak na statku). Bajka przedstawia nie tylko Mickiego, który zupełnie nie potrafi się zachować i definitywnie nie nadaje się na wzór dla dzieci, ale przede wszystkim: postać wyglądającą zupełnie inaczej, niż ta, do której większość z nas przywykła. Ma długi nos, oczy bez źrenic i ,,szczurzy” ogon. I TYLKO TĘ FORMĘ BĘDZIE MOŻNA ,,pobrać” z magazynu. Każda kolejna odsłona Mickiego, każda alteracja w jego wyglądzie, zgodnie z amerykańskim prawem (a właśnie ono dotyczy Studia), oznacza nowy utwór, z nową datą wygaśnięcia jego ochrony prawnej.
Po drugie: Mickey to również znak towarowy.
Disney posiada około 500 zarejestrowanych znaków towarowych, do których należą kreowane przezeń postaci.
Sprawa ze znakami towarowymi jest o tyle ciekawa, bo można uzyskać ochronę zarówno na nazwę, jak i na postać lecz także, na elementy charakterystyczne, czy to spodenki z dwoma guzikami czy trzypalczaste rękawiczki. Ochrona standardowo trawa 10 lat (później można przedłużyć na kolejne 10 lat i tak w nieskończoność), jednak warunkiem jest korzystanie z oznaczeń w obrocie gospodarczym dla konkretnych towarów i/lub usług oraz przynajmniej raz na 5 lat użyć oznaczenia (no ale streaming i merchandising na obecną chwilę robią swoje). Ważną kwestią odnośnie znaków towarowych jest sprawa, że oznaczenie wystarczy, że jest podobne i u Kupującego będzie stwarzało przekonanie, że produkt jest powiązany w jakiś sposób z Diseyem – lata opatrzenia się postaci robiły swoje 😉.
Przed euforycznym rzuceniem się na przekazywaną nam informację – warto ją porządnie zweryfikować szczególnie jeśli będziemy chcieli skomercjalizować nasz pomysł. Bo prawdę powiedziawszy, do czasu jak Disney będzie istniał to najprawdopodobniej Myszka Mickey będzie twarzą spółki.
_________________________
Artykuł stworzono przy współpracy z: Marcin Wychota – Rzecznik patentowy, zawodowy pełnomocnik przed EUIPO.